Twój dar
Nadya Rudyak · · Series: Two in a boat

Łukasz 5,27–32
A faryzeusze i uczeni w Piśmie szemrali i mówili do Jego uczniów: dlaczego jecie i pijecie z celnikami i grzesznikami?
A Jezus odpowiedział im: nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz chorzy;
Przyszedłem powołać nie sprawiedliwych, ale grzeszników do nawrócenia.
#listDoJury
Zobaczyłam Jezusa wychodzącego z niskiego domu pełnego ludzi i idącego przez rozstępujący się tłum. Gdy podszedł do Lewiego, poszli razem ulicą. Ludzie wychodzący z domu i tłoczący się wokół szumieli, hałasowali, ktoś głośno się modlił, stojąc na kolanach. Zauważyłam wiele nieżyczliwych spojrzeń, szeptów, osądzania. Nieżyczliwi gromadzili się w grupki, wskazywali na Jezusa palcem. On i Lewi szli dalej, nie zwracając na to uwagi, a ja zostałam, żeby w tym pobyć. Publiczne potępienie to dla mnie bardzo ważny, kluczowy temat.
Później znalazłam się w małym, ale przytulnym pokoju, oświetlonym ogniskiem i świecami, prawie bez mebli; pośrodku stał długi stół, wiele osób siedziało i leżało wokół niego, na stole było dużo jedzenia i wina. Ludzie głośno rozmawiali ze sobą, czasem rozlegały się wybuchy śmiechu. Jezus półleżał na czymś przypominającym materac i jadł winogrona. Uśmiechał się. Obok Niego było miejsce, żeby usiąść, ale pomyślałam, że to byłoby niestosowne, bo kobiety z nimi nie siadają, tylko niosą im jedzenie i napoje. Wzięłam dzban z winem i zaniosłam go do stołu. Nalałam Jezusowi do Jego kielicha wina i już chciałam odejść, ale On poklepał miejsce obok siebie. No dobrze, rzeczywiście, Ty ustalasz zasady) Usiadłam bliżej Niego, On objął mnie. Był pogodny.
W oknie pojawiła się jakaś złośliwa mina i zaczęła oburzać się tym, z kim On tu siedzi i z kim dzieli posiłek. Usłyszałam szum głosów i zrozumiałam, że wokół domu jest wielu oburzonych ludzi. On spokojnie odpowiedział, że przyszedł powołać nie sprawiedliwych, ale grzeszników.
— Przyszedłem ich leczyć. Jestem Uzdrowicielem.
Pojawiły się u mnie pytania i wzięłam się za swoje zapiski. Potem od czasu do czasu wracałam do pokoju z Nim, a potem znów pisałam w zeszycie:
**
Dlaczego ludzie są wobec Ciebie agresywni za to, że pomagasz grzesznikom?
Ponieważ burzysz ich fałszywe poczucie wyższości. Czuję, że stawianie się ponad innymi jest grzechem większym niż bycie celnikem. Jakby chcieli dostać się do Królestwa Niebieskiego dzięki czyjemuś kosztem. Ale tam mogą prowadzić tylko własna praca, własna sprawiedliwość i uczciwość oraz Twoja nieskończona Miłość i Miłosierdzie, Twoje Przebaczenie. Czy są wokół nas grzesznicy czy sprawiedliwi, Ty nas z innymi nie porównujesz. Ty nas rozliczasz.
Diabeł przez nich się gniewa, że obnażasz jego oszustwo. Chce, żeby oni się odwrócili od Ciebie, by znów zaciągnąć ich w mrok omyłek.
Dlaczego inni ludzie gniewają się na mnie (często tylko w mojej wyobraźni) albo mnie osądzają? Na przykład moja rodzina. Już nie chcę pracować jako programistka i nie będę szukać nowej pracy. Wiem, że oni przyjmą to negatywnie. Dlaczego?
Ponieważ są pełni lęku przed chaosem i niepewnością. Trzymają się społecznych reguł, a jeśli bliscy je naruszają, lęk się nasila. Gniewają się, że lęku jest więcej i że to z powodu mnie. A jeśli wepchają mnie z powrotem w ramy, mają nadzieję, że on się zmniejszy.
A dlaczego ja boję się ich lęku, ich gniewu?
Ponieważ staram się oprzeć na ich miłości. Tylko że tam, gdzie jest strach, miłości być nie może. Jest tylko jej obietnica za spełnienie warunków. Opieram się na tym, czego nie ma, a nawet gdyby było, nie należy do mnie.
Miłość — to Ty. Ja grzeszę, a Ty mnie kochasz. Po to potrzebne jest zaufanie: żeby oprzeć się na Twojej Miłości, trzeba przyjąć, że Ty jej nie odbierzesz.
To Twój dar.
W tym całym ogromnym świecie, w całym chaosie, którego mi jeszcze nie dane pojąć, jest tylko jedno niezmienne oparcie, na które mogę liczyć.
Ty.
I w godzinie, gdy inni i bliscy będą się gniewać, odwrócą się ode mnie, potępią, nie będę się bała, bo idę z Tobą i Ty trzymasz mnie za rękę.
**
Poprosiłam Go o obrazowe spotkanie, aby zakończyć medytację. Po nastrojeniu poczułam się w łodzi naprzeciw Niego, On wiosłował. Płynęliśmy po pięknej rzece, w otoczeniu drzew tworzących nad nami zielony sklepienie, przez które przenikały pasma światła. Bardzo pięknie. Płynęliśmy pod prąd i zatrzymaliśmy się przy cudownym wodospadzie i sadzawce pod nim. Wyszliśmy i podeszliśmy do skały, zastanawiałam się, co mnie czeka. Usiedliśmy obok pod rozłożystym drzewem, w cieniu, na miękkiej trawie i zaczęliśmy patrzeć na wodospad. Nic się nie działo. I zrozumiałam — nie będzie żadnego zadania. Nie trzeba sobie nic zasługiwać. To wszystko jest dla mnie, po prostu. Po prostu dlatego, że jest pięknie, po prostu dlatego, że On kocha.
I zapłakałam.
Żegnając się, całowałam Jego dłoń splecioną z moimi palcami.