Ten, Kogo szukałam

Nadya Rudyak · · Series: Two in a boat

Ten, Kogo szukałam

Łukasz 5 12-15 (Uzdrawienie trędowatego)

Zanurzam się w wizualizację fragmentu z trędowatym. Wtedy widzę to miejsce naszych spotkań po raz pierwszy: sucha, twarda, żółta ziemia bez końca i krańca, niewielkie pagórki, rzadkie, wątłe drzewa w oddali, brzeg jeziora. Teraz nazywam to pustynią. Myślę, że zobaczę moment uzdrowienia, ale żadnego trędowatego nie widać. Jest tylko ja i Chrystus. Stoi przede mną w długiej, prostej, białej szacie.

Nie śmiem podnieść na Niego wzroku. Nie wiem, co powiedzieć. On bierze mnie za rękę i gdzieś prowadzi. Idziemy i idziemy, aż przed nami pojawia się budowla, jakiej wcześniej nigdy nie widziałam. Wygląda jak półkula w tym samym kolorze, co ziemia wokół, wysokości dwóch pięter z wejściem w formie łuku. W środku, pośrodku rośnie drzewo, nad nim okrągły otwór w suficie, przez który spływa słup światła, igrając refleksami w liściach. To wszystko wygląda bardzo pięknie i niezwykle. Wzdłuż całej okrągłej ściany znajduje się jedna ciągła drewniana ławka. Siadamy na niej.

Patrzę na drzewo, na cudowny sufit, na ściany, na wszystko, byle nie na Niego. Przeciągam ten moment, jak tylko mogę. Zrozumiawszy w końcu, jak to głupie, zbieram odwagę i zwracam się do Niego.

On siedzi do mnie w pół obrotu i patrzy na mnie. W Jego spojrzeniu jest tyle poruszającej czułości, miłości, współczucia i wesołej figlarności, że ściska mi się gardło i napływają mi łzy. Tonę w Jego oczach, płynę w nich. Nagle z całą wyrazistością rozumiem, że to właśnie to spojrzenie zawsze szukałam w ludziach, szczególnie w mężczyznach. Czasami zdarza się, że blask właśnie tego spojrzenia nagle widać, gdy podnoszą dziecko do sufitu, patrzą na ukochaną kobietę lub delikatnie drapią swojego psa po brzuchu.

Uznanie przed samą sobą, Kogo tak naprawdę szukałam, wstrząsa mną do głębi duszy.

Nagle przypominam sobie o pytaniach, z którymi przyszłam i na które chcę uzyskać odpowiedzi, i zaczynam rozważać w notatniku, na krawędzi świadomości pamiętając, że On jest obok.

***

Po co mi moja uraza? Dlaczego się jej trzymam? Dlaczego nie chcę jej puścić?

Chcę, aby sprawiedliwość została przywrócona. Sprawiedliwość = kara dla krzywdzicieli, dla winnych.

Jak kara przywraca sprawiedliwość?

Widzę sprawiedliwość jako równowagę zła.

Przypomina mi się zdanie jednego z bohaterów starego rosyjskiego serialu o policji, szefa operacyjnych, który dobrze znał się na wymuszaniu zeznań:

"Przemoc to nie są luzem sprzedawane cukierki, nie można ich po prostu dosypać."

To jest pułapka. Pragnąc zła innym, nie osiągnie się sprawiedliwości. Czy ból innych może uśmierzyć mój? Jak mogę uśmierzyć swój ból, nie pragnąc zła innym? Wydaje się, że zło można pokonać tylko jeszcze większym złem, ale to absurd.

Jak pokonać zło dobrem?

Spalić je ogniem pragnienia swojego serca, zatrzymując je w sobie. Tak, sprawiono mi ból, ale nie pragnę go w zamian. I ono straci moc, a potem zniknie.

Nagle widzę dużą, zardzewiałą skrzynię, w której jest coś czarnego, coś strasznie trującego, niebezpiecznego, niewiarygodnie odrażającego. Moje urazy. I to noszę ze sobą? W sobie? Tę ciemność?

Miłosierdzie to wolność. Wolność od tej ohydy.

W człowieku jest więcej dobra niż zła. Ci, którzy mnie skrzywdzili, po prostu się pomylili. Nie chcę nikomu zła, nie chcę nikomu bólu.

Sprawiedliwość to sprawa Boga.

Tylko dobro rodzi równowagę, harmonię i piękno.

***

Boję się Ciebie, bo myślę, że będziesz postępować jak ja.

Ale to ja powinnam postępować jak Ty.