Matka Kościoła i moja Matka
Каролина · · Series: Сотворение

Kiedyś Maryja i wszystko, co z Nią związane, było dla mnie tylko obrazkiem i wydawało się nie mieć związku z moim życiem. Trudno mi było dostrzec w Niej — nie teoretycznie, lecz naprawdę — mojej Matki.
Moja skorupa pękała, kiedy Maryja spotykała mnie od pierwszych dni w Ćwiczeniach duchowych, z macierzyńską troską i niepokojem ostrzegała mnie już od progu o trudnościach i, nie lękam się tego słowa, objawiała się mi. Nie widziałam Jej oczami, ale moje serce widziało i rozpoznawało.
Nie była mieczem. Często była obecna bez efektów specjalnych, jak zwyczajna, pracowita i głęboko przeżywająca wszystko kobieta. Pewnie w tym tkwiła Jej uroda. W milczeniu, prostocie i szczerości. Stopniowo doszłam do tego, że Maryja jest pierwszą osobą, której mogę zaufać.
Przytoczę parę przykładów, jaka była dla mnie Maryja podczas Ćwiczeń duchowych.
###
Jestem pod Krzyżem. Dziwny obraz: krzyż wbija się podstawą w ziemię tak, że Jezus znajduje się na moim poziomie. On w agonii. Przytulam Go, czuję zapach krwi i octu, chłód i lepkość ciała. Słyszę łkania. Kto płacze? Ja? Maryja? Tłum? Ale napięcie rosło i we mnie. Łzy zbierały się same.
Ktoś z tłumu mówi:
- Czy nie jesteś jednym z Jego uczniów?
Milczę. Przytulam się do Jezusa. I potem widzę urywki.
Żołnierz próbuje odgonić mnie od Krzyża, odpycha, upadam i on grozi mi włócznią, opierając ją o moją pierś.
Jezus wzywa Ojca. W ręce Twoje oddaję... I wszystko. Wtedy pojawiła się Maryja. Trafiam w objęcia. Ona mnie ściska, potem bierze moją głowę w dłonie — twarzą w twarz — i mówi (wtedy rozpoznaję, że to słowa psalmu 41., o którym zupełnie zapomniałam przy medytacji, choć to on powinien był być punktem wyjścia):
- Ufaj Bogu. Jeszcze będziesz Go chwalić.
Rozumiem, że za moimi plecami włócznia przeszywa bok Jezusa. Maryja mnie trzyma.
- Ufaj, słyszysz: nie przestawaj wierzyć!
###
Pan dawał do zrozumienia, że ma względem mnie jakiś plan, a Maryja pomagała w jego wprowadzaniu w życie. W kilku medytacjach widziałam, jak Maryja przygotowuje mnie jak pannę młodą: biała suknia, włosy, wieniec... W innych drżący strój zamieniał się w zbroję, wyznaczającą mi rolę, którą Bóg mi przeznaczył w Jego zastępie; widziałam, jak Maryja zapina ją na mnie. Ona wprost służyła i towarzyszyła. Nawet w medytacjach, gdzie początkowo wyraźnie nie odczuwałam Jej obecności, później, wracając do nich, Pan pozwalał mi zobaczyć Ją, zwykle cicho modlącą się lub słuchającą, gotową w każdej chwili podciągnąć mnie za rękę jak dziecko. Maryja doprowadziła mnie do Króla po "przygotowaniach weselnych" i przekazała moją rękę Jemu. I tym umocniła mnie w powołaniu.
Najbardziej bliskie spotkanie z Maryją miało miejsce podczas kontemplacji scen Bożego Narodzenia. Przytoczę fragment z moich zapisków:
###
Jaskinia.
Wyżymuję deszczową wodę z jakiegoś szalika, kładę wałek na czoło Maryi. Ona leży, oddycha. Zaczyna się. Mam zimne ręce, trzęsę się z wzruszenia. Maryja mocno trzyma mnie za rękę, bardzo mocno. Nagle oślepia mnie światło, nie widzę, co się dzieje, ale rozumiem, że — rodzi się.
Następną sceną widzę, że Maryja trzyma Jezusa. A ja kładę swoje dłonie na Jej dłoniach i dotykam Jezusa niejako rękami Maryi. Mam pewien stupor, boję się zrobić coś niestosownego, w każdym moim geście niepewność i pytanie: "mogę?". Trzeba powiedzieć, że tak właśnie obchodzę się ze wszystkimi bardzo małymi dziećmi)
Później.
Jezus prawie zasypia, lecz czasem piszczy, że jest Mu zimno. Maryja znowu prosi, bym po cichu mu zaśpiewała. Robię, co mówi Maryja, i On zasypia. Czuję pokój i czułość. Jaskinia przestaje być jaskinią. To teraz dom)
Rozmowa. Siedząc na kolanach, patrzę z dołu na Maryję z Jezusem, na Józefa. Zdziwiona, jakby ze strachem, który przechodzi w nabożeństwo.
- Dlaczego jesteście tak łaskawi wobec mnie? Nie zasłużyłam na to: być tak blisko...
Maryja patrzy na Dzieciątko.
- I my — też. Czy możemy być godni tego... (Dzieciątko) Ale sam Bóg zstąpił do nas, więc kim my jesteśmy, by nie "zstąpić" do ciebie?
To było tak wyczerpujące.
A potem na Mszy uchwyciłam jeszcze moment. Niedługo przed Komunią Świętą. Jakby Jezus, właśnie co narodzony, przyjęty był w moich rękach, i Maryja z niepokojem pyta: "Dlaczego On milczy?". Klepnęłam Dzieciątko po pleckach. I gdy rozległ się płacz, Maryja odetchnęła z ulgą i uśmiechnęła się.
###
Maryja rodzi. Tutaj naprawdę poczułam ogromny dreszcz, obecność aniołów, jakbym uświadomiła sobie, CO się naprawdę dzieje. Nabożeństwo i silne zaangażowanie w chwilę obecną. Czułam, że nie jestem warta tu przebywać. Ale nie chciałam skupiać się na swoim niedostatku, chciałam kontemplować to, co się dzieje. Piszę teraz i rozumiem, że to ten moment, gdy zapomniałam o sobie.
###
Teraz modliłam się Różańcem. Najpierw planowałam jedną dziesiątkę, a w trakcie przypomniałam sobie, że dziś jest święto Matki Bożej Różańcowej, a ja obiecałam szczególnie czcić Jej dni... Kontynuowałam jak cały różaniec.
I znów ta cisza, tak głęboka, że słyszę, jak szumi mi krew. I chciałam w niej pozostać, nie stracić takiego daru.
Nie wybierałam konkretnych tajemnic, po prostu zdawało się, że rozmawiam z Maryją, o co proszę...
Pojawił się obraz. Stałam nad brzegiem rzeki. Wokół kamienisto. Tak bywa przy wodospadach. I widzę, że wzdłuż rzeki idzie postać kobieca. Nie idzie po wodzie, lecz jakby unosi się nad nią. Jej płaszcz lub peleryna ciągnie się dalej i łączy się z wodą. Dosłownie jej mantia składała się z wody, z fal. Po prostu przeszła obok mnie i zniknęła, przechodząc przez jakiś kamień. Przeszła pod prąd. Pomyślałam, że to Maryja. Dlaczego woda? Co to znaczy?
Po tej wizualizacji poczułam czyjąś obecność. Jakby ktoś stał za moimi plecami i patrzył na mnie. Intensywnie. Poczułam się nieswojo, trochę strasznie, zaczęłam gorliwiej się modlić. Pod koniec różańca, rozumiejąc, że zaraz wstanę i pójdę do sypialni, czyli obrócę się w stronę, skąd czułam spojrzenie... Umówiłam się z Maryją, że mnie ochroni, jeśli co))
### A to było innej nocy ###
Czuję Maryję. Nie powiem, że to była wyraźna obecność. A choć może... Nie wiem. Po prostu jest przed oczami. Jej profil twarzy, złożone modlitewnie ręce, a głównie — Jej suknia. Cała migocze, jakby utkana ze gwiazd. I Ona sama też lśni, promienieje. Wszystko takie... koloru szampana))) (jestem artystką, zwykle daję wizualne porównania) Trudno to opisać.
Uczucia takie: jakby widzę jakiś piękny efekt światła w życiu i bardzo chcę go powtórzyć w obrazie, ale rozumiem, że nie potrafię fizycznie. Nie ma takich technik i farb, by oddać to tak, jak widzę, z całą głębią i jasnością. To męczące uczucie — uświadomienie sobie ograniczenia, ale bardzo słodkie — bo zwiększa zachwyt żywym obrazem. Mam teraz takie zachwycenie. Piszemy — i chce się oddychać. Zalały mnie łzy. Taka radość w sercu.