Wstań, dziecię

Nadya Rudyak · · Series: Two in a boat

Wstań, dziecię

Jura dał mi radę — przeforsować to siłą woli.
To zawsze działa.

Wcielenie. Dzień 1

Na początku medytacji widzę Ziemię z kosmosu, powoli się zbliża, aż zaczynają na mnie spadać obrazy z najróżniejszych jej miejsc, i niemal wszystkie są związane z przemocą i wojną: rakieta trafiająca w dom mieszkalny w Kijowie, serie z kałasznikowa w jakiejś wiosce, straszne wypadki samochodowe, krewni ofiar katastrofy lotniczej krzyczący z rozpaczy, mąż bijący żonę i płaczące wokół dzieci, umierający w szpitalach ludzie, wybuch bomby atomowej, niewolnictwo, pijani ludzie w moskiewskim nocnym klubie wdychający kokainę, góry pieniędzy w walizkach, znowu eksplozje i strzały i zdawałoby się, że temu nie będzie końca. Trwa to tak długo, że z trudem wychodzę z tej części wizualizacji, by móc przejść dalej.

Następnie wyobrażam sobie, jak Trzy Boskie Osoby patrzą na to wszystko, nie widzę Ich samych, ale przychodzi mi obraz: ludzie, miliony ludzi na całej planecie kręcą się w miejscu patrząc pod nogi, aż chowają się pod ziemią. To gorzki widok. Zastanawiam się: jak często ja z góry wyglądam dokładnie tak — zakopana w drobnych problemach, zabiegana, zapomniana o tym, co najważniejsze i o tym, kim jestem.

Trudno powiedzieć, czy słyszę ten dialog, czy on po prostu pojawia się w mojej głowie, w krótkich wyłaniających się myślach:

— Trzeba ich wyciągnąć.
— Urodzisz się człowiekiem i pokażesz im, kogo tak naprawdę teraz naśladują i co tracą.
— Wezmę na Siebie część ich grzechów i poniosę. Będę ich towarzyszyć. Będę przy nich we wszystkich ich sprawach. Z każdym.
— Podzielisz z nimi ludzkie życie. Staniesz się jak oni, aby oni stali się jak Ty.

Tutaj ogarnia mnie głębokie poruszenie. Stopniowo przychodzi uświadomienie SOBIE, KTO zniża się ku nam, kocha nas (!) i chce nas zbawić. Skala tej Duszy nie mieści się ani w głowie, ani w sercu.

I oto nadchodzi czas dla Marii. Widzę Nazaret, niewielki kamienny domek i dziewczynę idącą z niego ulicą z dzbanem.

Od Niej emanuje takie dobro, że po wszystkich okropieństwach, których się naszukałam, robi mi się ciepło na duszy. Uśmiecha się bardzo jasno, jakby na świecie w ogóle nie było zła, albo przynajmniej nie było go w Niej. W ludziach nie spotkałam się z takim zdumiewającym połączeniem najczystszej pokory i radości życia. Zawsze staram się wchodzić w meditację bez oczekiwań, ale Jej wpływ na mnie okazuje się szczególnie zdumiewający. Wcześniej, kiedy widywałam Ją na obrazach czy ikonach, zwłaszcza prawosławnych, ogarniały mnie smutek i przytłoczenie, napływała żałość i melancholia. Od tej Dziewczyny robi się jasno i ciepło, pojawia się nadzieja. Obserwuję Ją przez jakiś czas, jak idzie, podlewa kwiaty z dzbana, przyjaźnie wita sąsiadów, jak przyjmuje swoje przeznaczenie i jak przy tym jest spokojna, i ile jest w tym zaufania.

Staram się nastawić na końcową rozmowę, przypominając sobie, że czy zobaczę Go, czy nie — nie mnie to decydować, więc po prostu powiem wszystko, co mam na sercu. I mówię Mu, jak mi było trudno, ale teraz jest łatwiej, jak jestem Mu wdzięczna za wszystko, co On robi, jak nie znajduję słów, by wyrazić to, kim On jest w moich oczach i tak dalej, po prostu strumieniem emocji.

Najpierw widzę Go dość mgliście i, nie próbując nawet rozeznać, gdzie jesteśmy, poddadłszy się impulsowi, siadłam u Jego stóp. On głaszcze mnie po głowie, podczas gdy ja dalej mówię. Potem podnoszę na Niego wzrok, On patrzy na mnie z góry z tą samą przeszywającą czułością, od której szczypie w oczach i ściska w gardle. Podaje mi ręce i mówi:

— Wstań, dziecię.

Wstaję i On kładzie mi ręce na ramionach.

— Przed nami jeszcze długa droga.
— Iść z Tobą — to moja wola i mój wybór — odpowiadam.
— No to chodźmy.

I poszliśmy.

— Przy Tobie wszystko jest łatwiejsze — uśmiechnęłam się, czując, jak okropny węzeł zwątpienia, bezsilności i przygnębienia wreszcie się rozplątał i puścił mnie.