Powództwo

Yury Arlou · · Series: Мои Упражнения в повседневной жизни

Powództwo

24.10.2024

Dziś medytowałem w kościele Odwiedzin Najświętszej Maryi Panny na Piaskach (Karmelici) w Krakowie. Na końcu prawej nawy znajduje się boczny ołtarz, gdzie odbywa się adoracja. Przyszedłem tam, ponieważ czułem pragnienie, aby być z Bogiem, a w mojej głowie od wielu dni krążyło pytanie, jaka działalność powinna być priorytetem w moim życiu w najbliższym czasie. Odpowiedź na to pytanie nie przychodziła mi od dłuższego czasu. Było wiele wskazówek, wszystkie dotyczyły tego samego, ale nie było spokoju w uznaniu tego, na co mi wskazują. Uklęknąłem i bez żadnego fragmentu z Biblii wyobraziłem sobie Chrystusa i już chciałem zwrócić się do Niego z prośbą, gdy zatrzymałem się i postanowiłem: „Niech będzie tak, jak On chce, a jeśli w Jego woli jest coś, co powinienem usłyszeć, to jestem gotów słuchać.”


Obraz pojawił się bardzo szybko.
Początkowo zobaczyłem siebie siedzącego na piaszczystym szlaku, nie widząc nic poza kawałkiem gruntu, na którym siedziałem. Potem wstałem, zacząłem iść i zobaczyłem więcej – jak do mojego szlaku przylegają ścieżki innych ludzi i przez jakiś czas idziemy razem. Następnie obraz stał się znacznie większy, i zobaczyłem, jak ścieżki wielu ludzi łączą się ze sobą i znowu się rozdzielają, tworząc ogromną sieć splątania. W tej ogromnej sieci zaczęło wyłaniać się oblicze Chrystusa, jakby składające się z niezliczonej liczby dróg. 

Piękny obraz. Był mi dobrze znany, już widziałem podobne Oblicze, składające się z wielu miniatur z życia ludzi, w innej modlitwie. Ale w tym momencie medytacji poczułem, że coś jest nie tak. Nie to On chce teraz pokazać. „Dobrze, uważnie Cię słucham” – pomyślałem.

I wtedy zobaczyłem siebie w wschodnim białym szlafroku, stojącego na piasku na pustyni. Wokół był bardzo gęsty mgła, tak gęsta, że nie widziałem nic poza swoją ręką. Przed sobą, przez mgłę, zobaczyłem Jego rękę, wziąłem ją i poszliśmy. Przez jakiś czas szedłem, nie zadając pytań. Potem wznieśliśmy się w powietrze i w tej gęstej mgle zaczęliśmy gdzieś lecieć. Stopniowo mgła pod nami rozproszyła się i na dole zobaczyłem wodną taflę. To nie było jeziorem ani rzeką, prawdopodobnie leciałem nad morzem lub oceanem. Im dłużej lataliśmy, tym rzadsza stawała się mgła. Po pewnym czasie dostrzegłem za mgłą w oddali małą skalistą wyspę, do której szybko się zbliżaliśmy.

– Prowadzisz mnie tam? – zapytałem.

Oblataliśmy wyspę dookoła. W środku wyspy, wśród skał, znajdował się piękny ogród z alejkami i altankami, a pośrodku ogrodu stał mały jednopiętrowy dom w stylu włoskim. Miałem silne wrażenie, że w środku wyspy, pod skałami, coś jest ukryte, że ten ogród i skromny dom to tylko rodzaj przykrycia, i nie przyszliśmy tu z tego powodu.

Wylądowaliśmy w ogrodzie na ścieżce wyłożonej kamieniem w jasnym piaskowym kolorze i weszliśmy do domu. Wszystko było mi znajome, to mój dom, kiedyś w nim mieszkałem. Mieszanka stylu wiejskiego i włoskich motywów, naturalne materiały, belki na suficie, kamień na ścianach. Jezus nie dał mi długo się rozglądać, od razu podszedł do jednej ze ścian i gdzieś nacisnął, ściana bezszelestnie odsunęła się na bok i przed nami powstał przejście. Na lewo za fałszywą ścianą w dół prowadziła dobrze oświetlona, ciepłym światłem, kamienna klatka schodowa. Na ścianach wzdłuż całej długości schodów wisiały oświetlone, jak muzealne eksponaty, oszklone kartki z tekstem. Przypominały powiększone zdjęcia rękopisów, gdy są pokazywane szerokiej publiczności na wystawie. Moje uwagę przyciągnęła pierwsza kartka na samym początku schodów. Próbowałem przeczytać, co tam napisano, ale czcionka była mi zupełnie nieznana. 

Jezus od razu wszedł w przejście i zaczął schodzić. Nie rozumiejąc nic na kartce, poszedłem Go dogonić. Na końcu pierwszego długiego biegu schody skręciły o 180 stopni. Na końcu drugiego biegu, na małej platformie schodowej, stał Chrystus i czekał na mnie. Zatrzymałem się przed samymi drzwiami, przeszył mnie dreszcz i ogarnęło mnie takie samo uczucie, jakie się ma, gdy wiem, że teraz pokażą coś bardzo, bardzo ważnego i ekscytującego, jak to miało miejsce w medytacji z przestrzenią i czasem.

– No cóż, chciałeś zobaczyć, co jest ukryte w środku wyspy? – zapytał, jakby poważnym spojrzeniem, w którym nie było zwykłego humoru, i otworzył drzwi.

Dosłownie cały drżąc, zrobiłem krok w ciemność za drzwiami i…
Nie zobaczyłem nic, poza dużą, bardzo ciemną przestrzenią przypominającą grotę, kamiennym podłogą pod nogami i cicho pluskającą wodą po prawej stronie. Oczywiście w grocie była mała przystań, gdzie można było wpłynąć z morza, aby wygodnie wyjść na wyspę. Prosto i po lewej stronie ode mnie podłoga tonęła w ciemności, i nie widziałem ani ścian, ani granic groty. Zacząłem wytężać wzrok i przyglądać się, na chwilę wydawało mi się, że widzę kilka przejść w ścianach i nic więcej.

Już myślałem: „Co za sztuczki))?..”, i chciałem zwrócić się do Chrystusa, ale On sam podszedł do mnie i położył Swoją dłoń na moich plecach w okolicy splotu słonecznego. Z Jego ręki przez mnie zaczął płynąć światło i jakby w świetle reflektora zacząłem oglądać grotę.

Była duża, lekko wydłużona. W ścianie za moimi plecami były drzwi, z których właśnie wyszliśmy. Po lewej stronie w skale rzeczywiście były przejścia. Pierwsze przejście prowadziło na schody, które wiodły w górę. W promieniach Jego światła zobaczyłem przez skałę, że schody prowadziły do korytarza z wieloma skromnymi małymi pokojami, przypominającymi pokoje hotelowe, i prowadziły gdzieś wyżej. Drugie przejście prowadziło do małej kaplicy w skale, gdzie stały ławki, a na ołtarzu płonęły świece. Trzecie prowadziło do biblioteki z czytelnią, a czwarte – do jadalni. Sama grota pełniła rolę wspólnego holu, w jej dalekim końcu stały małe kanapy i stoły, gdzie można było prowadzić wspólne rozmowy. Trzecia ściana naprzeciwko mnie była zupełnie bez drzwi, a czwartej ściany po prawej stronie w ogóle nie było. Zamiast niej całą długość zajmował pomost.

– Dom rekolekcyjny? – radośnie zapytałem, odwracając się. – To to, o czym tak nieśmiało się domyślałem, gdy oblataliśmy wyspę!

Skinął głową przed sobą. Wszystkie ściany groty były obwieszone takimi samymi oszklonymi, podświetlonymi kartkami z tekstem, ale teraz w Jego świetle mogłem wszystko przeczytać. 

To były historie przemiany towarzyszących mi ludzi, którzy w końcu poznali żywego Boga i nauczyli się komunikować i żyć z Nim! Historie o tym, jak pięknie On przemieniał ich życie!

I wtedy, jak na komendę, zewsząd zaczęli wychodzić ludzie! Z takim dobrym i przebiegłym wyrazem twarzy, jaki ma się po dobrze udanym zaskoczeniu)). Mówiąc: „Teraz wiesz, gdzie jesteś, poznajesz nas?))” 

Byłem w swoim domu rekolekcyjnym). Towarzyszyłem każdemu z nich na drodze poznawania żywego Chrystusa, znałem ich wszystkich przez szczery i czysty kontakt. To było niewiarygodne.

A potem grota wypełniła się dźwiękami radosnych rozmów i dyskusji, gdzie ludzie, którzy kiedyś odbyli Ćwiczenia razem, jak starzy przyjaciele dzielili się niesamowitymi historiami z życia i tym, jak odkrywa się ich powołanie. 

Chrystus zaprowadził mnie do kanap w końcu groty i usiedliśmy przy jednym ze stolików. Przed mną stała przezroczysta waza, a w niej – bukiecik polnych chabrów, rumianków i jaskrów, które zbierałem podczas swoich tygodniowych rekolekcji w milczeniu w Nowogródku.

– Dlaczego postawiłeś go tutaj)? – zapytałem, odwracając się do Niego.

Skinął głową w stronę pomostu. Tam stała niepewnie rozglądając się po bokach dziewczyna, która właśnie zeszła z łodzi. Skinąłem głową, uśmiechnąłem się, wziąłem bukiecik i poszedłem przywitać „nową”.

Zbliżając się bliżej, poznałem w niej… moją żonę! Boski humor))). Spotkałem ją, poprowadziłem i wszystko pokazałem, aby czuła się komfortowo i swobodnie.

Pan spotkał mnie na dole w grocie.

– Gotowy lecieć po nowe dusze? – zapytał mnie.

Milczałem w odpowiedzi – czyż są tu jakieś opcje?

Po schodach, prowadzących obok pokoi hotelowych, wstaliśmy na ukrytą wśród skał platformę, gdzie stał gotowy do startu helikopter. „Lecimy helikopterem, a nie sami? – pomyślałem. – A zresztą, jaka to różnica, jeśli Ty jesteś blisko. Nie mam pojęcia, dokąd lecimy, ale pilot z pewnością Cię zna i wszystko pokażesz).”

Usiedliśmy na miejscach pasażerskich, zapięliśmy się i wznieśliśmy się w powietrze.


Na tym moja medytacja się zakończyła. Jeszcze w drodze do helikoptera miałem uporczywą chęć napisać kilku osobom, które były gotowe dołączenia do Ćwiczeń, i jednej uczestniczce, która już się zajmowała. Wychodząc z kościoła, od razu to zrobiłem, otrzymując, jakby potwierdzenie tego, co zobaczyłem w medytacji, kilka pięknych zbiegów okoliczności.
Wygląda na to, że wszystko rzeczywiście tak jest, a na obecnym etapie drogi to jest mój priorytet.