W Sercu Edenu

Monika · · Series: Monika

W Sercu Edenu

Bóg od początku nie stworzył mnie po to, by żyć w lęku, poczuciu winy czy chaosie. Stworzył mnie z miłości. Ukształtował mnie z czułością i tchnął we mnie swoje życie. Moje serce było Jego ogrodem – miejscem pięknym, uporządkowanym, pełnym pokoju i życia. To tam chciał przebywać ze mną każdego dnia.

Eden staje się dla mnie obrazem mojego wnętrza. To właśnie w sercu rodzą się decyzje, pragnienia i słowa. Z serca wyrastają owoce mojego życia. Kiedy moje serce trwa przy Bogu, rodzi owoce Ducha: miłość, pokój, cierpliwość, dobroć, łagodność i wierność. Tak wygląda ogród pielęgnowany przez najlepszego Ogrodnika.

Pośrodku ogrodu rosło Drzewo Życia. Dziś widzę je jak niewyczerpane źródło, jak kranik, z którego nieustannie płynie żywa woda. Bóg nigdy go nie zamknął. To ja, odchodząc od Niego przez grzech, odwracałam się od tego źródła. Wydawało mi się, że kranik został zakręcony, ale tak naprawdę to moje serce przestawało czerpać z wody życia. A jednak źródło nadal płynęło. Ono nie wyschło, bo jego źródłem jest sam Bóg.

Pokusa nie zaczyna się od zła. Zaczyna się od pytania: „Czy rzeczywiście Bóg powiedział?” Tak często słyszę podobny głos: „Czy na pewno dobrze rozeznajesz? Czy warto zaufać? Czy nie lepiej pójść inną drogą?”. I zaczynam analizować, wątpić, odchodzić od pokoju, który wcześniej otrzymałam. Widzę dziś, że pokusa bardzo często nie odbiera mi od razu Boga – najpierw odbiera mi zaufanie do Niego.

Kiedy wpuszczałam do mojego ogrodu grzech, pozwalałam, by pojawiał się w nim coraz większy nieporządek. To, co wydawało się niewinne, pozostawiało głębokie konsekwencje. Nie dlatego, że Bóg chciał mnie ukarać, ale dlatego, że każdy grzech oddala serce od źródła życia. Zaczyna brakować pokoju, radości, wolności. Pojawia się lęk, chaos i ciężar.

Wtedy szczególnie mocno rozumiem słowa Psalmu 51: „Stwórz, Boże, we mnie serce czyste”. Nie proszę już tylko o przebaczenie. Proszę o nowe serce. O serce, które znowu będzie ogrodem Boga.

Historia Kaina i Abla pokazuje mi, że walka nie toczy się najpierw na zewnątrz, ale we wnętrzu człowieka. Grzech najpierw puka do drzwi serca. Tak samo jest ze mną. Każdego dnia pojawiają się myśli, które prowadzą ku życiu, i takie, które prowadzą ku śmierci. Mogę słuchać głosu oskarżenia, lęku i rozpaczy albo głosu Boga, który prowadzi do pokoju.

Zrozumiałam też, że mogę ranić nie tylko innych, ale również siebie. Każde słowo pogardy wobec siebie, każda myśl odbierająca nadzieję jest jak cios zadany własnemu sercu. Jednak Bóg nie mówi do mnie głosem oskarżenia. On mówi jak Ojciec, który szuka swojego dziecka: „Gdzie jesteś?” Nie dlatego, że mnie zgubił, ale dlatego, że chce mnie odnaleźć.

Największą nadzieję daje mi to, że Bóg nie przestał być Ogrodnikiem mojego serca. Nawet jeśli ogród został zaniedbany, porósł cierniami albo wydaje się zniszczony, On nie odchodzi. Bierze do ręki narzędzia miłości, cierpliwości i miłosierdzia. Powoli wyrywa chwasty, opatruje zranione miejsca, podlewa to, co jeszcze żyje. Wie, że pod warstwą bólu nadal jest ziemia, którą sam stworzył.

Coraz bardziej rozumiem, że świętość nie polega na tym, że nigdy nie upadam. Polega na tym, że po każdym upadku wracam do Źródła. To nie moja siła przywraca życie ogrodowi. To żywa woda Boga sprawia, że nawet wyschnięta ziemia zaczyna znowu rodzić owoce.

Dlatego chcę każdego dnia wybierać życie. Chcę wracać do Źródła, zanim zacznę gasić pragnienie gdzie indziej. Chcę bardziej ufać pierwszemu, spokojnemu głosowi Boga niż późniejszym podszeptom lęku. Chcę pozwolić, aby moje serce było miejscem, w którym Bóg czuje się jak u siebie.

Bo wiem już, że On nigdy nie przestał we mnie wierzyć. To ja czasem przestawałam wierzyć, że mój ogród może jeszcze zakwitnąć. A On każdego dnia przypomina mi, że Drzewo Życia wciąż stoi pośrodku mojego serca, a źródło Jego łaski nigdy nie wysycha. Wystarczy przyjść i zaczerpnąć.