Przedmowa
Nadya Rudyak · · Series: Two in a boat

Chcę opowiedzieć swoją historię.
Momentami jest tragiczna, czasami komiczna, ale wierzę, że ma szczęśliwe zakończenie.
Mam trzydzieści sześć lat i zmarł mój mąż. Przez piętnaście lat naszego małżeństwa bałam się, że to się stanie. Był centrum mojego życia przez tyle lat, że dopiero po jego stracie, z goryczą zobaczyłam: nigdy naprawdę nie chciałam odnaleźć siebie. Marzyłam, by przeżyć swoje życie do starości tak, jak żyłam - jako żona tego, który przyciągał wszystkie spojrzenia. Aby nie musieć robić czegoś wielkiego i ważnego, być zauważalną, wyrazistą i odważną, aby nie być w centrum uwagi, dyskusji, nieuniknionej krytyki.
Kochaliśmy się. Bardzo rzadko się kłóciliśmy, szybko się godziliśmy, potrafiliśmy komunikować się bez słów, dzieliliśmy wszystkie radości i smutki na pół, dużo się śmialiśmy, podróżowaliśmy i byliśmy świetnym zespołem.
Bóg mnie bardzo kocha. Zadał mi ból, ale dał mi szansę się przebudzić. Nie ma już za kogo się ukrywać, nie da się schować w kącie z książką i niepostrzeżenie opuścić tej imprezy.
Mam córkę. Ma trzy lata, jest niesamowicie zabawna i nie chcę myśleć o tym, co by ze mną było, gdyby jej nie było. Ona jest moim zbawieniem, ale prawdopodobnie, prędzej czy później, zamiast męża, zaczęłabym się ukrywać za nią i swoje samotne macierzyństwo. Na szczęście w ten, niczego nie zapowiadający, przedostatni dzień lata, z jakiegoś powodu weszłam do czatów apejrońskich.
Jak wielu innych, do szkoły Apejron trafiłam po rozpoczęciu wojny. Ale najpierw Aleksej Arestowicz przyprowadził mnie do Boga. Dobrze pamiętam ten letni dzień 22 roku: oglądałam wszystkie jego filmy, które można było znaleźć w otwartym dostępie, jednym tchem, i oto w jednym z nich analizował spór o uniwersalia. Informacja o tym, kim są Realistami, sama w sobie przewróciła mój świat do góry nogami. Ale wtedy Aleksej, ilustrując pojęcie "nic", wskazał na marker w swojej ręce i powiedział:
— Aby powiedzieć, że coś nie istnieje, trzeba wskazać to coś palcem. Nieistniejącego Boga nie można myśleć.
Klik. Był jeden świat wokół mnie i we mnie, a stał się zupełnie inny.
Później zmieniał się znowu i znowu, psychologiczna śmierć - w pewnym sensie, rutyna apejrończyka. Ale wszystko to, co zaczęło się dziać ze mną, po mojej odpowiedzi w jednym z apejrońskich czatów na zaproszenie do udziału w ignacjańskich praktykach duchowych, pokazuje - poprzednie odrodzenia były tylko rozgrzewką.
Na początku ćwiczenia duchowe Loyoli były dla mnie nadzieją na uporządkowanie mojego zagmatwanego życia wewnętrznego, nauczenie się skupiania na wybranym przedmiocie i choć trochę złagodzenie wiecznego niepokoju. Nie mogłam wiedzieć, że te praktyki podarują mi przyjaźń, o jakiej nie śmiałam marzyć, zupełnie nową mnie, osobiste relacje z Bogiem i odnalezienie całego sensu mojego życia.
Zdecydowałam się prowadzić tego bloga po miesiącu praktyki. Odtwarzam swoje medytacje na podstawie notatek w zeszycie i korespondencji. Chcę zebrać je w jedno spójne opowiadanie, i jest to potrzebne przede wszystkim mnie samej. Chcę utrwalić wszystko to, co tak mocno, tak nieodwracalnie zmieniło moje życie.
Chcę opowiedzieć swoją historię.