Nowe życie.
Agata · · Series: Ćwiczenia Duchowe – ogołacane serce

To może zabrzmieć źle, ale w ostatnich dniach noszę w sobie myśl, że Pan Bóg jest dla mnie jednocześnie stratą i nieocenionym zyskiem. Trudno mi zmierzyć tę stratę nie wiem, czy była mała, czy ogromna. Nie potrafię jej objąć ani z perspektywy czasu, ani z miejsca, w którym teraz jestem, idąc z Nim. Bo przecież Go doświadczam… a jednak długo nie potrafiłam przyznać się do tego braku. Do tego, że nie potrafię przyjąć. Do tego, że myślałam, że już jestem uzdrowiona, że już wszystko we mnie jest poukładane.
A tu ciągle coś wychodzi. Coś, co schowałam przed całą sobą. I tak trudno z tego wyjść ze strefy komfortu, z grobu Wielkiej Soboty. Bo tam jest znajomo, przewidywalnie, bezpiecznie. Przejść do Niedzieli Zmartwychwstania to znaczy pozwolić, by coś się zmieniło. To znaczy pozwolić, by zmartwychwstało we mnie życie, a to przecież boli.
Zamykam się więc czasem w swoich nieuporządkowaniach, w fałszywej pokorze, w ogromnym ego, w tym wszystkim, co się we mnie dzieje. I co przepływa przeze mnie. A potem… stawiam Bogu granice. I mijam się z doświadczeniem chociaż On jest, codziennie, nieustannie mówi. A ja często Go ignoruję.
Podczas ostatniej medytacji uderzyła mnie prosta myśl: jak mamy być gotowi na wielkie rzeczy, skoro nie dostrzegamy małych błogosławieństw codziennych? Przecież właśnie od nich zaczyna się zaufanie. Od małych znaków miłości. A ja spotkanie na medytacji z Nim mierzę miarą doświadczenia Jego w mojej modlitwie . Wiem, że to konsekwencja jakiegoś odrzucenia. Wiem. Ale jak trudno jest przyjmować. Jak trudno to przeskoczyć.
Dlatego teraz z całych sił staram się patrzeć sercem. Nie dopuszczam za bardzo rozumu. Nie wiem, czy to dobrze. Może to ucieczka? Może to znowu moje chowanie się.
A teraz jeszcze coś się odsłania. Zaczynam wyraźniej widzieć swoje błędy. I to jest jednocześnie niezwykłe… i bolesne. Bo chcę być blisko Boga, ale kiedy staję w prawdzie o sobie, to boli. I zauważyłam coś, co mnie trochę rozłożyło na łopatki że we mnie jest ogromne pragnienie naprawienia siebie. Takie… żeby się poprawić, być lepsza. Ale nie po to, żeby być wolna tylko żeby być idealna. Dla Boga.
I wiem, że to nie działa. Że to się nie uda. A jednak tak często próbuję własnymi siłami, z tymi samymi mechanizmami, które mnie ranią. I przez to wszystko trudno mi jest. Trudno być w relacji z Nim, trudno być w relacji ze sobą. I coraz bardziej czuję, że… po prostu trudno mnie kochać.