Ta sama Noc

Nadya Rudyak · · Series: Two in a boat

Ta sama Noc

Łukasz 4, 14-20

Podano Mu zwój proroka Izajasza, On rozwinął go i znalazł miejsce, gdzie było napisane:

„Duch Pana nade Mną, ponieważ namaścił Mnie, abym głosił ubogim Dobrą Nowinę. Posłał Mnie, abym ogłaszał wolność więźniom, przejrzenie niewidomym, uwolnił uciśnionych, ogłaszał rok łaski Pana”

#listDoJurka

Opisuję wszystko, co zobaczyłam w medytacji zaraz po niej, z nadzieją, że umknie mi jak najmniej.

Chcę wysłać Ci to wszystko teraz, w nocy (mam nadzieję, że masz wyłączone powiadomienia i Cię nie obudzę), bo wszystko to jest tak niesamowite, że jutro mogłabym się nie odważyć?

Podczas przygotowania, kiedy trzeba było poczuć swoją obecność, skupiłam się na biciu serca i nagle przeszyła mnie myśl, że bije ono w rytm tej wibrującej fali, o której czytałam dziś w Twojej medytacji, i że przechodzi ona przez mnie, a ja pulsuję razem z nią, i bije ono tylko dlatego, że On jest i On tego chce. W tym momencie poczułam Jego bezcielesną obecność bardzo mocno, jak nigdy wcześniej.

Zaczęłam wizualizować fragment. Szło opornie, trudno mi było wyobrazić sobie synagogę, ale zobaczyłam Jezusa wśród ludzi, czytał coś z księgi, a od Niego emanowała taka błogosławiona energia, że ogarnęło mnie ciepło i jakieś wzruszenie.

Potem zobaczyłam schody przy budynku, kolumny, przy jednej z nich siedział On i rozmawiał z ludźmi, którzy siedzieli wokół - na schodach i pod dachem na kolumnach, wokół było słonecznie i ciepło. Dzieci biegały i śmiały się, On się uśmiechał. Usiadłam z dala i starałam się patrzeć na Niego, ale było trudno, rozmywał się.

I nagle, zupełnie niespodziewanie, podniósł głowę i spojrzał mi prosto w oczy.

Ziemia usunęła mi się spod nóg, serce zaczęło bić, głowa zaczęła się kręcić, to był pierwszy raz, kiedy poczułam reakcję w ciele fizycznym, i to tak potężną.

Próbowałam patrzeć Mu w oczy, ale mi się nie udawało, wszystko się rozmywało. Wtedy zaczęłam z Nim rozmawiać.

- Trochę się boję, jestem zdenerwowana. Co powinnam zrobić? Spojrzeć w Twoje oczy?

Nie odpowiadał, ale nagle bardziej poczułam, niż zobaczyłam Jego twarz przed swoją.

Bardzo starałam się zobaczyć Jego oczy, ale mi się nie udało i wtedy scena zmieniła się.

Zrozumiałam, że jesteśmy w łodzi, On siedzi naprzeciwko mnie. Noc, wzburzony ocean, niebo pełne gwiazd. Sztorm, ogromne fale, łódź pędzi to w górę, prawie pionowo, to w dół. Chwyciłam się burt, ale zauważywszy, że On siedzi zupełnie spokojnie, z rękami złożonymi na kolanach, z wysiłkiem woli rozluźniłam ręce i starałam się zrelaksować. Przecież On jest ze mną) Na jakiś czas zamknęłam oczy i po prostu czułam to ślizganie się - w górę i w dół, w górę i w dół, obroty łodzi. Jeśli się nie napinać, nie jest tak strasznie. Okej, nie boimy się.

Łódź wspięła się na kolejną falę i nagle pędziła w dół, w głęboki i ogromny wir. Nie trzymam się niczego i siedzę spokojnie, zastanawiając się, co nas czeka na dole. Spadaliśmy przez nieokreśloną ilość czasu, w ogóle nie dało się poczuć czasu. I nagle na samym dole poniosło nas spiralą w górę, i nagle poczułam, że nie ma już żadnej łodzi, że unosimy się nad tą przepaścią, ja i On naprzeciwko mnie! Najpierw dałam upust emocjom, swojemu szokowi, to niemożliwe, niewiarygodne! Potem zobaczyłam, że On już nie unosi się, a stoi spokojnie, i ja też zrozumiałam, że mogę stać. Powiedziałam:

- Dobrze. To nie są tylko atrakcje, muszę zrozumieć, co chcesz mi przekazać.

Zaczęłam patrzeć w dół, wir był przed nami, byliśmy po przeciwnej stronie, skąd spadaliśmy. Zobaczyłam za wirem wzburzone morze i łodzie. Wiele łodzi! Duże, małe, całe statki. Jedne świeciły światłami, inne płynęły w ciemności. Fale rzucały nimi i słyszałam, jak ludzie krzyczą. To było straszne. Ale najstraszniejsze było to, że tonęli tam, w wirze, znikali w rozpryskach wody. Zapytałam:

- Co się z nimi stanie? Dokąd teraz? Dlaczego toną, a my nie utonęliśmy???

On milczał. Zaczęłam patrzeć dalej, choć bardzo nie chciałam tego wszystkiego widzieć. Nie do zniesienia było patrzeć na ten koszmar i zaczęłam rozglądać się dookoła. I zobaczyłam, że nie jesteśmy sami unoszący się nad morzem! Tam człowiek, i jeszcze, i jeszcze! Oni widnieli niewyraźnie, a potem zaczęli się rozpuszczać i błyszczącymi gwiazdkami ulatywali gdzieś w górę. Wiele gwiazdek błyszczało, migotało w oddali. Ponownie spojrzałam na fale i zobaczyłam (jakbym mogła przybliżać wzrok i widzieć z bliska to, co było bardzo daleko), że są łodzie, w których nikt nie krzyczy i ludzie siedzą spokojnie i nawet coś tam robią!

- No oczywiście! Ci, którzy toną, nie wierzą! To wszystko! Nie pamiętają o Tobie i dlatego tak się boją! Przecież, kiedy płynęliśmy, nic złego się z nami nie działo, tylko ruch, można było spokojnie czytać książkę! Ale co będzie z nimi? Przecież mogą po prostu tego nie wiedzieć!

- Oni mają swoją drogę.

- Trochę się boję. Nie boję się Ciebie, nawet nie wiem czego dokładnie. Chcę do Ciebie podejść, dotknąć. Mogę?

Podeszłam, a On objął mnie za ramiona. Staliśmy tak i patrzyliśmy na morze, i nagle wyraźnie zrozumiałam, jak potężny jest żywioł naszego życia, jak bardzo większe od nas jest to, w czym żyjemy, jak strasznie jest żyć bez pokory i jak głupio.

I wtedy zauważyłam, że ktoś nie tylko jest spokojny, ale jeszcze i cieszy się! Żaglówka płynęła po falach jakby wesoło, zobaczyłam kapitana przy sterze, nie słyszałam, ale mogę przysiąc, że tam jeszcze i gwizdał) I na grzbietach fali lekko sterował i ślizgał się po nich. Oho! Zobaczyłam siebie przy tym sterze (prowadzenie żaglówki to moje dawne marzenie) i też próbowałam sterować, wiatr, krople w twarz, to było wspaniałe, wciągnęło mnie.

I wtedy łódka wyrzuciła na piaszczysty brzeg. Na mnie napadła grawitacja, dopiero teraz poczułam, że jej nie było, ciało napełniło się ołowiem, czułam, jak mnie przygniata do ziemi. Ziemia! Wszystko przestało się kołysać i stało się statyczne, lepkie, ciężkie. Próbowałam zobaczyć, gdzie jestem.

Ziemia była twarda, ale pokrywała ją warstwa prawie białego piasku. Wiatr niósł go po ogromnej równinie bez końca i krańca. Nad horyzontem wisiało jasno-żółte, oślepiające słońce. Poszłam od łodzi w jego stronę. Z każdym krokiem iść stawało się coraz ciężej, słońce jakby stało się większe, wypełniło sobą wszystko, oślepłam i nic nie mogłam zobaczyć z powodu nie do zniesienia światła, z powodu piasku, który wpadał do oczu, upadłam na kolana i ręce. Siły mnie opuszczały, było mi źle. Przypomniałam sobie o Nim. Przecież jesteś tutaj ze mną, choć Cię nie widzę. Przypomniałam sobie o wibrującej fali w sercu, że wszystko jest nią przesiąknięte i udało mi się wstać. Trzeba iść, ale dokąd? Nic nie można dostrzec, ale coś trzeba przecież robić? I przypomniałam sobie myśl minionego dnia - to, co mi dane, to i moje służenie Jemu.

- Ale przecież coś mi dano???

Zobaczyłam w oddali drzewo, nie wiadomo czy suche, czy żywe, zbyt daleko. Poszłam do niego, starałam się wyprostować i iść lekko.

I nagle oparłam się o nie rękami. Dotknęłam pomarszczonej kory pod dłońmi i podniosłam głowę. Wysoko nade mną szumiała zielona korona, a promienie słońca przemykały przez liście. W wyczerpaniu opadłam na ziemię, opierając się o pień. Mrugałam. Wokół była zielona trawa i inne drzewa. Spokojny letni dzień.

Siedziałam w jakiejś prostracji. Zdałam sobie sprawę, że aby ponownie pojawiły się siły, trzeba przypomnieć sobie o służbie. Zadziałało) Powiedziałam:

- Nie widzę Cię. Pojawisz się? Czy dzisiaj wszystko będzie tak, bez dotykalności?

Wstałam i zrobiłam kilka kroków do przodu. Pojawił się w odległości pięciu metrów ode mnie i stanął, zapraszająco rozkładając ręce. Rzuciłam się Mu na szyję. Podniósł mnie, przytrzymał i wziął na ręce! I poszedł! Przeniósł mnie przez jakiś krzew i wyszedł na zalaną słońcem ścieżkę, prowadzącą gdzieś w dal. Szedł tak lekko, jakbym nic nie ważyła. Cieszyłam się chwilą)

- O to chodzi! Jeśli pamiętać o Tobie i widzieć, co dane, to można jechać prosto na Twoich rękach!)

Zrozumiałam, że chcę iść. Zeszłam z Jego rąk, i trzymając się za ręce i machając nimi, szliśmy lekko razem drogą.

I przypomniałam sobie o czasie. Ile go minęło? Pół godziny? Dwie godziny?

Otworzyłam oczy i spojrzałam na zegarek: jestem w medytacji 1 godzina i 10 minut.

Siedziałam na swoim łóżku, na kolanach leżał otwarty zeszyt z zupełnie pustą stroną. Po raz pierwszy nie zrobiłam żadnej notatki. Jeszcze jak! Jaki tam zeszyt, do niego mi było! Ale przecież trzeba wszystko zapisać! Teraz!

Zwróciłam się do Niego w myślach:

- Chcę to wszystko opowiedzieć, idę pisać, a jeśli nie powinnam tego robić, daj mi znak.

I oto jestem tutaj, przy laptopie, i wygląda na to, że udało mi się to wszystko przenieść na tekst.

Jurek. Ach, Jurek)


Ten nocny list stał się moją pierwszą zapisaną medytacją. Kilka listów później, przyszła mi do głowy myśl, aby przekształcić swoje doświadczenie w blog-dziennik Ćwiczeń. Pisałam ten dziennik w publicznym kanale Telegram, którego nazwa przyszła mi sama: Two in a boat.