Boska gra
Yury Arlou · · Series: Мои Упражнения в повседневной жизни

03-04.04.2026, Kraków
Początek
W rzeczywistości nasze spotkanie zaczęło się jeszcze w domu, gdy późnym wieczorem, na minutę przed wyjazdem do Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach, z jakiegoś powodu spojrzałem na swoje dłonie i na chwilę zamarłem, przyglądając się im. Ręce jak ręce, moje 🙂. Ale coś w nich bardzo przyciągało moją uwagę: nagle zapragnąłem… krótko obciąć te i tak krótkie paznokcie 👀. Wymyśliwszy sobie jakieś niedorzeczne racjonalne wytłumaczenie, dlaczego muszę to zrobić właśnie teraz, nie odkładając ani minuty, poszedłem po nożyczki.
Tak jak w poprzednie dwa lata, to właśnie ta noc z piątku na sobotę przy grobie Pana stała się magiczna i niczym nieporównywalna. Noc, w której Pan pozwolił poznać Siebie bliżej i pełniej niż przez cały poprzedni rok, razem wzięty.
Ojciec
— Dłonie, ręce... Co mają do tego ręce? — myślałem sobie, idąc z parkingu do grobu.
Podświetlony plakat z przebiegle uśmiechniętym Chrystusem wita mnie przy samym wejściu do kaplicy. Skręcam, wchodzę przez dobrze znane drzwi i... prawie wybucham śmiechem 😂! Nad ciałem Chrystusa stoi instalacja z ogromnymi dłońmi wypływającymi z chmur — dłonie Boga-Ojca! Nawiasem mówiąc, z takimi samymi jak moje, bardzo krótko obciętymi paznokciami i tylko jednym, obciętym nieco dłużej, na prawej ręce. Tym paznokciem, którego z jakiegoś powodu zapomniałem skrócić 😆.
— No witaj, i ja też bardzo się cieszę ze spotkania z Tobą 🙂, — śmieję się w myślach i siadam na ławce z szerokim, zupełnie niepasującym do miejsca i czasu uśmiechem.
Warto powiedzieć, że u św. Faustyny i w poprzednie dwa lata było podobnie. Wydaje się, że żal i ból wiszące w kaplicy tej nocy można by kroić nożem — takie są namacalne. Ludzie przeżywają w tej nocnej modlitwie bardzo ciężkie stany. Ale Pan nie daje mi miejsca na smutek: przez mnie jakby przepływa w tym momencie radość, niczym nieuzasadniona i nieracjonalna. Radość, że wszystko jest właściwie. Radość Jego obecności.
Wchodzę w modlitwę jak w zwykłą ignacjańską medytację, oddaję Mu wszystkie swoje zdolności, lekko i radośnie proszę, by służyły wyłącznie Jego chwale. Czas sformułować prośbę o owoc modlitwy:
— O co mam Cię dziś prosić? A co tu owijać w bawełnę... Najbardziej martwi mnie teraz kwestia, dlaczego biznes nie idzie tak, jakbym chciał. Wydaje mi się, że robię wszystko dobrze, ale coś i tak nie działa. Jeśli taka będzie Twoja wola, pokaż mi, proszę, co robić. Jaki fragment mam wziąć, Panie? Wiesz przecież, że przyszedłem tu bez jasnego planu i przygotowania.
Mój wzrok pada na napis nad Najświętszym Sakramentem: „Ojcze, w Twe ręce powierzam ducha mój”. Czuję, że tam mam iść, i szybko odnajduję odpowiedni werset w Ewangelii (Łk 23,46) i czytam rozdział. Wyobrażam sobie scenę, ciemność, która ogarnęła ziemię, wyobrażam tych, którzy przyszli specjalnie dla tego widowiska — otrzymali dokładnie to, czego chcieli. I wtedy moja uwaga mocno przyciągają te wersety:
Łk 23,48-49
[48] Wszyscy zaś, którzy przyszli oglądać, widząc to, co się stało, wracali do domów, bijąc się w piersi. [49] Wszyscy zaś, którzy znali Jezusa, łącznie z kobietami, które szły za Nim z Galilei, stali z daleka, obserwując to, co się działo.
— Ale wszyscy, którzy Go znali, stali z daleka i obserwowali... obserwować to, co się dzieje... — powtarzam w myślach.
Nie byli częścią przedstawienia, uczestnikami widowiska: stali z daleka i obserwowali. W tym właśnie momencie działał Chrystus — oni kontemplowali i nie wtrącali się. Przypominam sobie o swoich rękach:
— Tak i ja, robiąc coś własnymi rękami, powinienem je oddawać Tobie, a sam jakby stać na uboczu, nie przeszkadzając. Wydaje mi się, że coś robię, ale to właśnie Twój blask przez mnie wtedy płynie i jak ważne jest mu nie utrudniać.
Przypomina mi się szczególny stan — można go nazwać różnie: „przepływ”, „natchnienie”, „poznanie”. Gdy robiłem coś, a potem, na końcu, nie wierząc własnym oczom, z zdumieniem oglądałem drogę, którą przeszedłem, i myślałem: „Co to było?.. Czy to naprawdę ja to zrobiłem?!” To właśnie w tym stanie ufności powstawały najpiękniejsze rzeczy w życiu. Zanurzam się w niego i bardzo intensywnie przeżywam, jakby zapamiętując.
Po chwili przychodzi mi myśl, którą wypowiadam Mu na głos:
— Czy teraz zapraszasz mnie, tego, który Cię zna, aby obserwował to, co się dzieje? — i przenoszę uwagę na to, co faktycznie dzieje się wokół mnie w kaplicy.
Obserwuję ręce Ojca nad grobem, obserwuję ciało Chrystusa, ludzi, którzy Go znali. W pamięci pojawia się dawna medytacja, w której poczułem, jak opieram się na Chrystusie. Dosłownie stoję na materii utkanej z Jego miłości.
Patrzę na instalację dłoni Ojca i podobne uczucie znów do mnie przychodzi. Ale teraz wyraźnie czuję różnicę: to Sam Ojciec trzyma mnie na Swoich rękach i przez Swego Syna tworzy tę materię. I na tych rękach w każdej chwili życia, z ogromną miłością i troską, jakby przybliża mnie do tego, na co chce zwrócić uwagę, co chce mi pokazać. Uczucie obecności Ojca, oparcia w Ojcu, przebywania z Nim.
Na rysunku instalacji na dużych palcach widać paseczki, jakby ślady małych blizn:
— Mogę się miotać, odwracać, buntować, drapać i gryźć, jak przestraszony chomik, zadając Ci rany, a Ty będziesz znosić i trzymać, nie puszczając i nie pozwalając upaść. A z drugiej strony mogę z wdzięcznością i uwagą patrzeć na to, co mi przybliżasz, co mi pokazujesz.
I wtedy uświadamiam sobie, że właśnie teraz Jego ręce przyniosły mnie do grobu Jego Syna i postawiły mnie tuż przed Najświętszym Sakramentem. I po raz pierwszy w życiu, tak głęboko odczuwając bezpośrednią obecność Ojca, a nie Syna, w czasie rzeczywistym obserwując, czując i świadomie pojmując, jak On trzyma moją duszę w świecie materialnym, odpowiadam Mu:
— Dobrze, Tato, rozumiem Cię. Uważnie patrzę na Twojego Syna w Najświętszym Sakramencie.
W tym zwrocie — „Tato” — jest zawarte bardzo wiele tego, czego nie sposób opisać: relacja do Boga-Ojca, moje przeżycie Jego obecności. Ta odpowiedź zupełnie nie przypomina tego, jak zwracam się do Chrystusa — z Nim rozmawiam raczej jak z przyjacielem. Ale tu jest coś zupełnie innego: odpowiedź pozbawiona jest emocji. Sama obecność Ojca smakuje inaczej. Trudno to przekazać słowami. Jest ona bardziej fundamentalna. On po prostu jest, i ja przed Nim jestem. To wszystko, kropka. I ten moment „jest” jest samoistnym komunikowaniem. Nie ma tu ani smutku, ani radości, ani żadnej innej emocji. Obecne jest poczucie, ale jest ono bardzo dalekie od symbolicznych systemów, by choć przybliżenie je opisać. Z Chrystusem mogę krzyknąć „Hej!” i radośnie pobiec do Niego, zaśmiać się, przestraszyć, zażartować czy sprzeciwić. Z Ojcem po prostu nie ma na to przestrzeni: On jest ponad wszelkimi rodzajami materii i wyobrażeń. Dlatego odpowiedź brzmiała jak potwierdzenie rzeczywistości, chwili w wieczności, stwierdzenie owego „jest”.
Dialog mniej więcej tak:
— Patrz na rzeczywistość przed sobą, jaką Ja ją stworzyłem dla ciebie, ona jest taka.
A ja na to odpowiadam:
— Tak, patrzę, rzeczywiście taka jest.
Gra
Przenoszę uwagę na Chrystusa i oddaję Mu swoją wyobraźnię i myśli. Przed moim wewnętrznym wzrokiem pojawia się mgła, potem się rozprasza i widzę na skalistej, porośniętej trawą powierzchni coś jak wejście do ziemnej piwnicy. Przechodzi mi przez głowę myśl: „To ten właśnie wyspa i jeszcze jedno boczne wejście w dół”. Otwieram drzwi i schodzę po tunelowych schodach, otwieram drzwi na dole biegu i znajduję się w znajomym mi holu, gdzie zaraz od progu podchodzi do mnie wiele osób z pytaniem, które brzmi niemal jak pretensja:
— Gdzie cię nosi? Gdzie w ogóle znikasz?
To wyprowadza mnie z równowagi. W innej medytacji, gdzie widziałem wyspę, hol był wypełniony tymi, z którymi przechodziliśmy Ćwiczenia duchowe i z którymi jeszcze przyjdzie je przejść.
— Gdzie mnie nosi? Na serio?! — odpowiadam bez cienia humoru. — Może ktoś z was podpowie, jak rozwiązać bieżące sprawy, zanim spotkamy się w przestrzeni i czasie?
I nie czekając na odpowiedź, od razu pytam:
— Gdzie Pan?
Następnie, niemal przepychając ich, szybkim krokiem idę na środek holu. Jezus wychodzi naprzeciw. Cały w bieli, nie w cieniu, jak inni. Natychmiast, niecierpliwie wypalam:
— Wyjaśnij mi, co się dzieje.
W tym pytaniu kryje się bardzo wiele tego, czego teraz nie rozumiem w moim życiu. Czy mam się wysilać, by rozpocząć prowadzenie Ćwiczeń duchowych offline, co robić z moimi osobami prawnymi, czy będę organizować rekolekcje, czy będę budować dom rekolekcyjny, czy wyspa stanie się realna, czy zostanie tylko metaforą? On przebiegle i spokojnie się uśmiecha i wzrokiem, w którym widać „no poczekaj, zaraz zobaczysz”, gestem zaprasza mnie usiąść przy stojącym obok małym kwadratowym stoliku obitym ciemnozieloną materią. Sadamy naprzeciw siebie. Wkoło ścisnęli się wszyscy obecni. Nie widzę ich twarzy, toną w cieniu. Zwisająca lampa oświetla tylko powierzchnię stołu i nas, siedzących przy nim. Stół przypomina coś w rodzaju stolika do gry — gdy dwie osoby siadają do partii szachów, gry planszowej lub karcianej.
— No, pokaż, co tam w życiu mądrze postanowiłeś, — zaprasza mnie.
Chodzi oczywiście o niedawną decyzję, by mocno zająć się produkcją lamp i moją strategią marketingową. W metodologii jej opracowania pierwszy krok wyglądał jak uczciwe odpowiedzi sobie na pytanie: po co to robię i co jest u podstaw. Potem budowanie marki i konkretne kroki promocyjne.
Moje odpowiedzi przy stole przybierają postać kart.
— Dobrze, patrz, — zaczynam pewnie. — Po pierwsze: tworzę rzeczy z takim samym nastawieniem, jak gdybym robił prezent dobremu przyjacielowi, — mówię i kładę na stół pierwszą kartę.
— O, serio? — udaję zaskoczenie On, patrząc na kartę.
W tym momencie rozumiem, że to, co właśnie powiedziałem — to kłamstwo. Nie tworzę rzeczy jak prezenty, jest coś innego. Bliskie, ale nie to. I w tej dziwnej grze moja karta od razu trafia do odrzutu.
— Dobrze, — kontynuuję. — Po drugie: opracowując rzecz, doprowadzam ją do możliwego maksimum doskonałości, na ile pozwalają materiały i technologia, — nim zdążył zareagować, rozumiem, że i to nie jest do końca prawda. Moim prawdziwym dążeniem jest osiągnięcie wystarczającego poziomu piękna, zewnętrznie i konstrukcyjnie, tak by rzecz stała się piękna sama w sobie, w materiałach i jakości. Obrazek na karcie zmienia się i zamiast słowa „Doskonałość” pojawia się „Piękno”.
Zauważam, że On kręci w rękach tylko jedną kartą: jest ciemna i nic na niej nie widać, ale już domyślam się, że gdy położy ją na stole, przeważy wszystko, co bym teraz nie położył.
— Trzecie, — ciągnę dalej, — wybrałem jako materiały metal i beton, bo dają takie szczególne uczucie... Kurczę. I to bzdura. Wybrałem je nie ze względu na uczucie, które one naprawdę tworzą, lecz dlatego, że kocham budowę. I naprawdę chcę się z kimś podzielić tą estetyką budowlaną, — kończę i kładę trzecią kartę, która też trafia do odrzutu.
Patrzę na stół i rozumiem, że cała moja strategia marketingowa w swej istocie opiera się na kłamstwie lub półprawdzie.
On się uśmiecha i kładzie nad moje trzy swoją kartę-mistrz. W tej chwili rozumiem, że teraz On pokaże, co naprawdę leży u podstaw moich intencji. Nie potrafię rozczytać, co jest na karcie.
— Ojciec? Jego ręce? Oparcie w Ojcu? — niepewnie pytam, przypominając sobie początek modlitwy.
On nic nie odpowiada i, uśmiechając się, wyciąga spod tej karty kolejną, na której są ręce, jak na instalacji przy grobie Pana, tylko moje.
— Lubisz tworzyć coś rękami, nie wystarcza ci praca z niematerialnym, od dzieciństwa aż do dziś coś tworzysz, budujesz, robisz coś z materią, prawda? — patrzy na mnie.
— Oczywiście, że tak.
W tej chwili postanawiam narysować w swoim notesie te karty, by nie zapomnieć. I oto rysuję pierwszą kartę, z jakiegoś powodu zostawiając miejsce jeszcze na trzy, i piszę: „tworzyć rękami”. A poniżej dodaję: „narzędzie”. Stąd moja skłonność do posiadania dobrego narzędzia. Gdziekolwiek byłem, zawsze pojawiał się u mnie podstawowy zestaw narzędzi do pracy z elektryką, stolarką i metalem; jeżeli nie miałem nic, choćby szczypiec i zestawu śrubokrętów, w środku pojawia się uporczywe tło poczucia, jakbym zapomniał portfela wychodząc do sklepu.
— No to kontynuujemy? — mówi On i wyciąga spod głównej karty jeszcze jedną.
Nie mogę rozczytać, co na niej jest. Podnoszę oczy na Niego i widzę, jak zwraca wzrok na położoną po mojej prawej stronie szklankę kryształową z czymś ciemnym i nieco gęstym, na którą od początku „gry” nie zwracałem uwagi, jakby to była tylko dekoracja tworząca atmosferę. Po jej prawej stoi taka sama. Biorę szklankę do rąk i rozumiem, że w niej — ciemny kwas. Wyraźnie czuję jego silny, nasycony zapach. W tym napoju i w tym, jak jest podany, ukryte jest dla mnie dużo symboliki i natychmiast rozumiem, o co chodzi w Jego drugiej karcie.
Kilkanaście miesięcy temu kupowałem ciemny kwas w nadziei znaleźć gęsty chlebowy smak, który tak uwielbiam. Ale, kupiwszy kilka różnych próbek, byłem rozczarowany i postanowiłem ugotować swój — prawdziwy, jak kiedyś dawno temu w dzieciństwie. Napój, który nie będzie bezwzględnie rozcieńczony wodą i przesycony dwutlenkiem węgla; nie coś dla szybkiego poczucia słodkiego smaku, nie dla zaspokojenia ulotnego pragnienia wypicia czegoś smacznego, lecz prawdziwy kvas. Taki, jak został wymyślony z początku: nie tak rzadki jak woda, nasycony, lekko cierpki, jakby komuś udało się zmieścić całą bochenkę ciemnego słodowego chleba w jednej szklance. W zapachu, zdawałoby się, ukrył się cały piekarnik. Wtedy nie kupiłem znalezionego słodu i nie uwarzyłem go. Ale teraz, patrząc na szklankę, doskonale rozumiem, o co chodzi.
W moich rękach — prawdziwa rzecz, stworzona intencjonalnie, by przekazać określony smak, nie zniszczona dla chwilowego zysku, nie podrabiana i nie imitująca smaku — rzecz sama w sobie. Uczciwa. Podana w pięknym opakowaniu, którego nie będę miał serca wyrzucić — w kryształowej, rzeźbionej szklance z wyraźnym pięknym wzorem. Szklanka stoi na okrągłym, płaskim podstawku z białego marmuru — prawdziwego kamienia z jego naturalnym pięknem, który tak efektownie kontrastuje z ciemną powierzchnią stołu i tworzy idealne tło dla ciemnego napoju.
W tym obrazie zbiega się wszystko, do czego dążę, gdy tworzę: w pełni autentyczna i uczciwa rzecz, godne jej piękne opakowanie, o ile możliwe tworzące odpowiednie tło. Gdy robię coś niezgodnie z tymi zasadami — na przykład kompromis w materiałach czy imitacja czegoś, nieładne lub po prostu nieodpowiednie opakowanie — czuję się źle, jakbym kogoś oszukał, nawet jeśli odbiorca będzie szczęśliwy i zadowolony. Biorę notes, rysuję drugą kartę i piszę: „tworzyć prawdziwe. Piękne, bo prawdziwe”.
Cholera, jak mogłem o tym zapomnieć… oczywiście, że nie dążę do doskonałości — doprowadzam rzecz do prawdziwości. Kryterium „prawdziwego” to coś, co nieodłącznie towarzyszy mi od młodości.
— Dobrze, a co będzie trzecie? — pytam i Jezus wyciąga kolejną kartę. Na niej — słowo „Inspirować”. No tak, nie tworzę prezentu, tworzę coś, co zainspiruje.
— Zapomniałeś, co dawno Ci pokazywałem? Gdzie Twoje „inspirować” w tym, co robisz? — pyta. Milczę: w moich intencjach tej cechy oczywiście nie ma. Przypominam sobie opisy produktów, tworzenie zdjęć i inne rzeczy. Tam wszystko półżywe, skierowane głównie na zysk i zero chęci, by podzielić się czymś pięknym, zero inspiracji dla tego, kto nie trzyma rzeczy w rękach, a tylko patrzy na zdjęcie. W samych rzeczach nie ma celowego zamiaru inspirować i zadziwiać — są tylko te pierwsze, fałszywe moje wyobrażenia. Rysuję w notesie trzecią kartę: „Inspirować, dotykać serca. Przebijać i zmazywać wszystkie konwenanse, sięgając do najbardziej szczerego, co jest w człowieku”.
Odrzucając się na oparcie krzesła, oszołomiony patrzę na te karty. Wszystko takie oczywiste. I jak sprytnie sam się sobie owinąłem wokół palca. „No dobrze, a co konkretnie mam z tym robić?..” — myślę i zaczynam rozważać, jak zmieni się moja strategia po tym.
Wtem kątem oka zauważam, że po mojej lewej stronie od tłumu oddziela się jedna sylwetka i ciemnym cieniem szybko, jakby niecierpliwie, zbliża się do stołu. Potem, ukazując się w świetle lampy i patrząc na Chrystusa, rzuca na pierwszą kartę z wizerunkiem moich rąk brązową figurkę — model domu rekolekcyjnego dla Ćwiczeń duchowych.
— Św. Ignacy, — przemknęło mi w głowie. — Pamiętam o domach rekolekcyjnych, nie musisz przypominać, ale pozwól, że najpierw rozwiążę moje bieżące sprawy? — mówię, śledząc go wzrokiem, kiedy staje za Chrystusem.
— Głupcze, — odpowiada. — W tej sprawie znajdziesz z nawiązką wszystko, czego potrzebujesz. Pobawisz się swoją budową, elektryką i estetyką, zorganizujesz procesy, włożysz dziesiątki niespodzianek, zainspirujesz tłum ludzi. Czy to ci mało?
Oczywiście, ma rację. Ale, rozumiejąc, że to też są wymówki, odpowiadam:
— Dobrze, dobrze, ale nie mam pojęcia, gdzie szukać zasobów na to. I dopóki tego nie zrozumiem, pozwól mi zadomowić się w czymś obecnym teraz w życiu.
Odwracając się, odchodzi od stołu.
Stoję dalej i milcząco patrzę na karty.
— Czegoś brakuje, — zwracam się do Chrystusa, podnosząc na Niego oczy. — To wszystko jest moje, ale czegoś bardzo ważnego brakuje.
Tu jego łagodny styl komunikacji pełen aluzji całkowicie znika:
— Czegoś brakuje?! — głośno pyta jakby tonem, jakbym pytał, skąd mam wziąć powietrze do oddychania. Następnie spod głównej karty wyciąga czwartą i z hukiem kładzie ją na stole.
— W jakim stanie zawsze byłeś, gdy działałeś z serca? Czym zawsze się dzieliłeś? Co zawsze napełnia twoje serce, gdy robisz coś w powołaniu? — ten twardy, niepodważalny głos, w którym rozpoznaję Ojca, ogłuszająco urywa się w ciszy sali.
— Radość.
W jednej krótkiej chwili przechodzi przeze mnie seria zmysłowych uświadomień, których nie sposób opisać.
Potem cisza zamienia się w szarą mgłę. Widzę, że stoję na równej półce przy znikających za plecami w mgle grafitowych skałach, a pod sobą, u podnóża urwiska, cicho pluska skryte morze. W tym miejscu panuje spokój i nawet trochę przytulnie, mglista szarość zawsze mi się podobała. Ale teraz wyraźnie widać, że w tym przyzwyczajonym, nawet komfortowym stanie nie ma życia. Obok mnie milcząco siedzi poważny, niemal smutny chłopiec 5–6 lat i patrzy w mgłę. Jakby czuję to samo co on. Pogodził się z tą milczącą ciszą i nawet rozkoszuje się mgłą, chociaż w głębi jest poczucie niezapełnionej pustki, poczucie braku czegoś bardzo ważnego. Prawdziwego.
— No proszę, nareszcie widzę to, co tyle razy słyszałem od tych, którym daję Ćwiczenia duchowe, — myślę w duchu o moim wewnętrznym dziecku, mojej duszy.
Wyraźnie słyszę gdzieś głos Chrystusa:
— Musisz mu pomóc wyjść na górę, sam nie wdrapie się na te skały.
Dla mnie one nie wydają się wysokie czy trudne, ale dziecko rzeczywiście nie sięgnie. Ma się wrażenie, że pomogłem mu tu zejść i odszedłem, zostawiając go.
Podtrzymując i ciągnąc za rękę podkładam go na półki i wspólnie wchodzimy w górę. Przed samą krawędzią skał mgła rozjaśnia się i igra ciepłym światłem. Wychodzimy na ogromne płaskowzgórze, gdzie mgła płonie, krąży i mieni się w promieniach porannego słońca. Ile światła i złota w powietrzu! Ile piękna! Ile radości! Wypełnia wszystko wokół, jak nie raz bywało w moim życiu na mglistych polach o poranku.
Idziemy leśną ścieżką przez łąkę, stopniowo słońce całkowicie rozwiewa mgłę i przed nami rozciąga się bezkresna panorama pagórkowatych pól zalanych światłem! Biegniemy po tych polach, zauważam, jak się z nim scalę i już nie jesteśmy we dwoje, lecz ja radośnie biegnę jako dziecko przez pole na jeden z pagórków, z którego wierzchołka uśmiechając się macha mi Jezus. Podbiegam, z impetem przytulam Go i otulam się fałdami białej szaty.
— Czym Cię zawsze witałem, nawet na krzyżu i przy swoim grobie? — pyta mnie. Kiwnąłem głową:
— Radością.
Ta Radość, która w tym momencie napełnia moje serce, nie da się opisać, nie ma słownika na te stany. To nie roztargnienie, to głębokie, spokojne, ciche, fundamentalne uczucie. Można tylko powiedzieć jedno: jest niesamowicie potężne. Przewijają się w pamięci kadry, jak radośnie szedłem na pola, sam lub z kimś. I we wszystkich tych momentach niewidzialnie był przy mnie On. Z Nim zawsze była, jest i będzie czysta Radość.
Obraz wraca na wyspę, do holu. Patrzę na siedzącego naprzeciw Chrystusa. I nagle, przerywając obraz, przez otwarte drzwi kaplicy wdziera się z nocnej ciszy dźwięk syreny karetki przejeżdżającej za sanktuarium.
— Zrozumiałeś wszystko dobrze, działaj, — mówi On i jakby wskazuje wzrokiem na dźwięk syreny za moimi plecami.
Kiedyś często robiłem taki trik: będąc w stanie Radości i Miłości, życzyłem komuś dobra. Na przykład zdrowia lub poprawy jakichś trudności. I to naprawdę pomagało, później czy zaraz dowiadywałem się, że osobie jest lżej. Tak jest i teraz: życzę temu, kto jest w ambulansie, złagodzenia cierpień, a służbom siły i spokoju. Ale w odróżnieniu od dawnych czasów, kiedy musiałem z wysiłkiem koncentrować uwagę i kierować ją na osobę, teraz, w tym stanie radości, który mi podarował, wszystko formuje się w ułamek sekundy, tak szybko i łatwo, że nie potrafię nawet dostrzec chwili, kiedy to się dzieje. I w tym samym momencie, jak tylko mój impuls „poleciał”, syrena jakby na potwierdzenie gwałtownie ucicha. Potem zwracam uwagę, że jeden z zasypiających na modlitwie ludzi dość głośno chrapie, i to tworzy w kaplicy taki... specyficzny rozpraszający dźwięk 🙂. Wystarczy, że pomyślę wysłać tę radość jemu, a on głęboko wzdycha i chrapanie na następnym wydechu zanika 😄.
W obrazie, w holu, zapala się światło, obecni rozchodzą się od stołu, słyszalne stają się rozmowy, a przestrzeń wypełnia równy szum głosów, jak to bywa, gdy widzowie wychodzą z sali po przedstawieniu. Jezus wstaje zza stołu:
— Czas zrobić przerwę.
Przerwa
Jest już daleko po pierwszej w nocy. Głęboko oddychając, postanawiam, że dobrze byłoby się trochę przewietrzyć. Obok sanktuarium jest stacja benzynowa.
— Przejdę po kawę, — postanawiam.
Idąc do wyjścia, zadaję Mu pytanie:
— Ciekawe, co się stanie, gdy wrócę? — i wychodzę z kaplicy.
Na zewnątrz, tuż przy wyjściu, wita mnie ten sam plakat oświetlony reflektorem z Jego twarzą. Na nim namalowana jest strzałka wskazująca pielgrzymom, jak dojść do ikony Jezusa Miłosiernego. Teraz jednak, z mojego kąta widzenia, ta strzałka jakby pokazuje kierunek dla mnie.
— Dobrze, pójdę na stację zgodnie ze strzałką, przez przejazd kolejowy, a nie tunelem, — postanawiam.
Wychodząc z terenu sanktuarium słyszę dzwonek semafora na przejściu, trzeba będzie poczekać na pociąg. Podchodzę do zamkniętego szlabanu, rozglądam się po mieście, przedmiotach dookoła, i w tym momencie uwagę przykuwa połówkowo starta naklejka na słupie sygnalizacji. Na niej — bardzo dziwnie przetłumaczony cytat z Pierwszego Listu do Koryntian: trzynasty rozdział, szósty werset. Postanawiam to zapamiętać i koniecznie sprawdzić normalne tłumaczenie.
Gdy przechodzę obok opuszczonego szlabanu, napotykam inną strzałkę na znaku drogowym, która wyraźnie mówi mi odwrócić się i iść z powrotem. Odrzucam te myśli, usprawiedliwiając to tym, że wszystko jest nielogiczne. W końcu docieram na stację i odkrywam, że kawiarnia jest zamknięta. Pukam do okienka obsługi całodobowej i proszę o zrobienie kawy, na co otrzymuję odpowiedź, że ekspres jest teraz w trybie czyszczenia i nie można tego zrobić. W głowie pojawia się zignorowana przeze mnie strzałka i kieruję się z powrotem. Po drodze postanawiam wyszukać w Google, gdzie w okolicy jest teraz dostępna kawa, wsiadam do samochodu i jadę po nią. Wszystko przebiega bez przygód i wracam z powrotem do kaplicy.
Karta-mistrz
Siadając na ławce zadaję Mu pytanie:
— O czym chcesz mi teraz powiedzieć? O czym będzie rozmowa?
Wraca obraz holu i stołu. Wszyscy znowu zgromadzili się wokół stołu i kontynuujemy.
Główna karta wciąż nie jest odkryta, nie widzę, co na niej jest.
— Co takiego potężnego jest na niej, z czego wziąłeś te cztery poprzednie karty? — pytam.
I w odpowiedzi jakby przypomina mi się ten werset z nalepki ze złym tłumaczeniem. Otwieram List i widzę, że werset — to część Hymnu o miłości.
1 Kor 13,6
[6] Miłość nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą.
— Miłość! No pewnie! — wykrzykuję, i Jezus odkrywa główną kartę, na której widoczne jest Jego Serce w cierniowej koronie. — Miłość nie raduje się z nieprawdy, radości nie ma w kłamstwie, w nieprawdzie ona ginie. Depcę ją moim własnym kłamstwem.
Przed oczami mam cały obraz: Miłość i jej pochodne. Spędzam czas na kontemplacji tych cech i istoty tego, co mi pokazano. W kaplicy siostry metodycznie zmieniają się w modlitwie przy grobie. Tym razem modlitwę kontynuowały dwie dziewczyny z nowicjatu.
— Nowe i niedoświadczone, jak ja. — przemknęło mi w głowie. — No dobrze, spróbuję zaplanować na najbliższy czas konkretne działania? — zwracam się do Chrystusa.
Idzie ciężko🙂.
— Więc Radość... Muszę pilnować, by nią się dzielić... Nie, coś. Inspirować... jak mogę inspirować, zmienić opis, czy co?..
Siostry zmieniają dziewczyny z nowicjatu.
— O, wierne i doświadczone przyszły na ich miejsce, — myślę i wciąż wyciskam z siebie myśli.
— Pozwól, że pokażę, jak to się robi. Idziemy po kartach od prawej do lewej. Zaczynamy od Radości, — przerywa moje jałowe starania Jezus.
— Bardzo praktycznie, nazwij to „Porządek dnia w Radości”, musisz utrzymywać stan przez cały dzień, znowu odzyskać nawyk posiadania cichej radości w środku. W częściowym rachunku sumienia sprawdzasz, w jakich stanach podchodziłeś do spraw i komunikacji.
Krótką notatkę robię w notesie.
— Dalej, jeśli chodzi o Inspirowanie i Zadziwianie, usiądź i przerób swoje listingi będąc w normalnym stanie, by cieszyło cię to, nic specjalnego robić nie trzeba, masz już wiedzę dotyczącą sprzedaży, tekst i zdjęcia przyjdą same w procesie.
Zapisuję to również.
— Co do Piękna i Prawdziwego, przy robieniu bieżących zamówień, znowu rób to w normalnym stanie radości, pojawi się twój sprytny wzrok, będziesz widział wewnętrznym okiem, jak twój odbiorca raduje się, biorąc w dłonie to, co stworzyłeś. Rzecz napełni się sensem, nabierze piękna i stanie się Prawdziwą naturalnie i po prostu.
— Zrozumiałem, zapisuję.
— Jeśli chodzi o twoje ręce i tworzenie nowego, znowu siadaj i rób w radości. Jak w poprzednim punkcie, wszystko będzie naturalne i proste, już na etapie projektowania rzecz napełni się pięknem, w tym stanie nie zaprojektujesz bzdury. Przypomnij sobie, jak powstały twoje pierwsze modele.
— Tak... Rzeczywiście proste, wszystko zapisałem.
Wstajemy sprzed stołu.
— Przejdziemy na górę? — pytam i wchodzimy jedną ze schodów na balkon. Na zewnątrz panuje cicha ciepła noc.
— Idź spać, — mówi z uśmiechem. — I umyj wreszcie samochód, wygląda okropnie, — dodaje śmiejąc się; od kilku dni to odkładałem 😅.
Przytulam Go na pożegnanie tak, jak przytuliłem na modlitwie na płaskowyżu. Tak, jak nigdy wcześniej. Kolejna bariera, której nawet nazwać nie potrafię, zniknęła.
— Czemu żegnasz się ze mną? — śmieje się On.
— Racja, — odpowiadam, wstaję i kieruję się do wyjścia z kaplicy.
P.S.
Samochód umyłem o 3:30 nad ranem, jak się potem okazało, nie bez powodu 😄.